środa, 22 marca 2017

Lista zadań |do druku|



Czuję, że osiągnęłam matczyny Mount Everest! Jestem dumną mamą 14-miesięcznego chłopca, który swoim rezolutnym uśmiechem podbija serce każdego, kto staje na naszej drodze. Życie pod względem technicznym jest już całkowicie ułożone, a opiekę nad Szkrabem mam w małym palcu. Dysponuję dużą ilością czasu na rozwijanie mojej pasji, blogowanie czy też dzikie zabawy w chowanego. Jeździmy często na małe wyprawy w górskie okolice, szukając pierwszych śladów wiosny. Ale gdyby przyjrzeć się bliżej, to pod szafą w naszej sypialni pałętają się kołtuny kurzu. Bąbel chodzi w bodziaku, do którego kilka godzin temu przyczepiła się marchewka. Lodówka znów stoi pusta, a czasem zapominam o zrobieniu obiadu i zjadam po prostu pszenną bułkę z serem. Ale wychodzę z założenia, że najważniejszy jest pełny brzuszek mojego syna, a ja mam po prostu inne priorytety. Daleko mi do matki, która wyrzuca w sobotni poranek swojego męża z synem z domu, aby przeprowadzić generalne porządki... Po prostu pakuję się z nimi do auta i wspólnie jedziemy w świat, a pajęczyny zwisające z sufitu mogą jeszcze poczekać.

Mam krótko mówiąc tak bardzo wylane na bycie idealną Matką Polką. Mój czas urlopu wychowawczego poświęcam na to co kocham i nie ma tu miejsca na dwudaniowe obiady z kompotem, pucowanie podłogi na kolanach czy nawet makijaż. Nie mówię, że każdy powinien z tego zrezygnować, bo przecież priorytety ludzi są całkowicie różne. Ale znajomość swoich własnych jest kluczem do szczęśliwego życia. Śledząc blogosferę, zauważyłam, że promowanie nieidalności jest teraz modne, a wręcz popularne. Niektórzy się burzą, że to chwilowa moda, a mamy chwilę wcześniej promowały tylko perfekcjonizm. Ja tam staram się w takie dyskusje nie wchodzić, bo to zawsze indywidualna sprawa każdego z nas. Jakkolwiek, moja "matczyna wyjebka" wpisuje się w trendy i choć zwykle staram się robić całkiem na przekór, tym razem mi to nie wyszło...


Na co dzień nie ogarniam tak wielu spraw, to są momenty, że się naprawdę staram! Mieszkając poza miastem, domowa logistyka musi działać na wiele wyższym poziomie! Trzeba mieć w małym palcu listę zakupów, wizyty szczepienne i inne atrakcje z katalogu "szarość i obowiązki dnia codziennego, które bolą podwójnie, gdy mieszkasz na wypiździejewie". I tu z pomocą przychodzi mi metoda stara jak świat, której nauczyła mnie moja mama i jeszcze nigdy mnie nie zawiodła! Mając w poważaniu współczesną technologię, zapisuję po prostu wszystko na liście zadań. I powiem Wam, w moim przypadku to zawsze działa! Zgodnie z tym co pisałam na początku, listy nie rozbudowuję o wszystko, co powinnam zrobić. Gdybym miała wypisać moje wszystkie obowiązki i rzeczy do zrobienia, nie wystarczyłaby nawet ryza papieru... Za to taka lista "to do" jest niezastąpiona w spisaniu spraw ważnych, jak wizyta u lekarza czy wybór prezentu urodzinowego dla przyjaciółki. Przygotowałam swój własny, kwiecisty projekt i jeśli macie ochotę, to możecie taką listę zadań pobrać dla własnej potrzeby.
__________________________________________________________________________________________________________________________

Listę zadań - możecie pobrać TUTAJ

Kilka spraw technicznych:
➤ plik jest zapisany w formacie PDF
➤ format pliku to A4, ale polecam wydrukować 2 kopie A5 (to bardziej praktyczne i ekonomiczne rozwiązanie)
➤ grafikę możecie spokojnie wydrukować za pomocą domowej drukarki
➤ listę zadań warto wydrukować na papierze lepszej jakości (np. technicznym)
➤ plik tylko dla własnego użytku, a nie komercyjnego!  

Będzie mi bardzo miło, jeśli podzielicie się linkiem do wpisu i udostępnicie go na swoim Facebooku 😊

0 Czytaj dalej »

poniedziałek, 20 marca 2017

Było sobie marzenie #7

0


Wszystko zaczyna się od marzeń!


Moje największe marzenie zawsze zaczynało się późną wiosną. Albo wczesnym latem. Najtrudniejsze było jednak to, że nigdy nie dawało się określić dokładnego dnia. Kiedy się pojawi. Z każdym tygodniem robiłem się coraz bardziej niespokojny, a moja wrodzona niecierpliwość wystawiana była na ciężką próbę.

Aż tamtego dnia w końcu się spełniło.

Wracałem polną drogą ze szkoły, kiedy na horyzoncie pojawił się mały punkcik. Błyskawicznie rósł w oczach i po chwili zmienił się w znajomy kształt. Leciał nisko nad koronami drzew. Wyskoczyłem na środek drogi, a moje serce o mało nie wyrwało się z piersi, niczym dziki ptak na wolność trzymany w klatce. Zaczynałem wrzeszczeć na całe gardło i machać rękami jak wariat.

Pilot chyba mnie zauważył, bo naraz skręcił w moją stronę i leciał teraz tuż nad drogą, rosnąc z każdą sekundą i napełniając powietrze basowym rykiem silnika. Przetoczył się nad moją głową jak bliski grzmot i lśniący, pękaty kadłub AN–2 wystrzelił w górę. Samolot zakołysał się ociężale z jednego skrzydła na drugie i wiedziałem, że pilot zrobił to specjalnie dla mnie. Po chwili silnik zwiększył obroty, samolot wziął głęboki zakręt i znikł za lasem. Jeszcze przez chwilę widziałem jego obły statecznik pomiędzy drzewami i zapadła cisza.

A ja ruszyłem raźno w kierunku domu środkiem drogi, oddychając pełnymi płucami. Wiedziałem, że teraz widok samolotu robiącego wiraże nad polami będzie towarzyszył mi przez kilka najbliższych tygodni i jeszcze nadarzy się niejedna okazja, aby się do niego zbliżyć na wyciągnięcie dłoni. Ta podniecająca perspektywa napawała mnie wprost niosącą radością.

Lotnictwo było moją największą pasją, od kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ten duży, dwupłatowy samolot, który każdego roku pojawiał się w naszej okolicy, żeby opryskiwać pola. Widok ten otworzył przede mną nieznany, fascynujący świat i na zawsze zaszczepił we mnie miłość do latania. Tata, widząc moje zainteresowanie, zamówił prenumeratę Skrzydlatej Polski w kiosku obok poczty. Pani Czapla nie chciała się z początku zgodzić, bo jak mówiła szkoda zachodu dla jednego egzemplarza.

Czapla to było jej nazwisko, chociaż wyglądała zupełnie jak ten ptak, od którego je zapożyczyła: miała długi nos, zdający się wyrastać prosto z czoła; duże okulary ze szkiełkami grubymi jak dna od butelek i wiecznie nosiła ten sam szary sweter. Sweter zapewne zrobiła sama, bo zawsze widziałem, jak robi na drutach, siedząc od rana do późnego popołudnia w kiosku. Gruby, mój najlepszy kumpel, kiedyś zdradził mi w wielkiej tajemnicy, że pani Czapla specjalnie przekłuwa szpilką kondomy, żeby kobiety zachodziły w ciążę, bo według niej używanie ich to śmiertelny grzech. W kościele pani Czapla zawsze siedziała w pierwszym rzędzie i śpiewała wysokim, skrzeczącym głosem, aż czasami ksiądz musiał ją uciszać.

Nie miałem zielonego pojęcia, co to znaczy „kondom”, ale nie pytałem Grubego, bo nie chciałem uchodzić w jego oczach za takiego, który nie wie. Rodziców również nie pytałem, ponieważ miałem przeczucie, że skoro usłyszałem to słowo od niego, z pewnością musi być to jakieś wyjątkowe świństwo.

Czasopismo przychodziło bardzo nieregularnie i każdego dnia po szkole szedłem do kiosku, pytając czy już się pojawiło. Pani Czapla miała mnie już zapewne serdecznie dosyć, ale czasami zdarzał się ten wyjątkowy dzień, kiedy już z daleka machała do mnie ręka przez wąskie okienko, uśmiechając się dobrotliwie.

W takich dniach zwykle nie pamiętałem drogi powrotnej do domu.

A potem przez kilka następnych tygodni żyłem moimi marzeniami. Razem z moim najlepszym przyjacielem, Benkiem, każdego dnia odprawialiśmy ten sam rytuał. Wymykaliśmy się z domu i pędziliśmy przez pola na spotkanie z samolotem.

Tata twierdził, że jak na myśliwskiego psa, Benek jest „rozpuszczony jak dziadowski bicz”, ale według mnie był najinteligentniejszym psem na świecie. Mógłbym przysiąc, że Benek rozumiał ludzką mowę, ale z sobie tylko znanych powodów wolał nie zdradzać tej umiejętności. Czasami, kiedy miałem nieodpartą chęć opowiedzenia jakiejś niesamowitej historii, a rodzice byli akurat zbyt zajęci, aby poświęcić mi czas, Benek stawał się moim jedynym i cierpliwym słuchaczem. Zawsze przysłuchiwał mi się z uwagą zabawnie marszcząc czoło, przekrzywiając łeb na boki, a na jego obwisłych wargach błąkał się ironiczny uśmieszek. A kiedy wpadałem w podły nastrój i moje życie stawało się podobne do tych niemych filmów, które nadawano w niedzielne popołudnia, Benek zawsze mi towarzyszył i jak najlepszy kumpel, siedział cierpliwie na tylnych łapach, od czasu do czasu poszturchując swym wilgotnym nosem w ramię.

Kilka dni temu Ben odkrył wśród stosu drewna ułożonego przy tylnej ścianie garażu wielkie gniazdo os i niefrasobliwie wetknął tam swój wiecznie szperający nos, niszcząc delikatną konstrukcję, czym wprawił jej mieszkańców w prawdziwą furię. Staliśmy wtedy z mamą i tatą na ganku i widzieliśmy, jak panicznie uciekał w naszym kierunku z głośnym skomleniem, a nad jego głową unosiła się chmura wściekłych os. Musieliśmy wszyscy schronić się w domu i do końca dnia nie wychodziliśmy na podwórko, gdzie królowały rozdrażnione owady gotowe rzucić się na każdego, aby wyładować na nim swą złość. Kilka z nich zdążyło użądlić Benka, ponieważ jego głowa napuchła jak dynia i za każdym razem, gdy na niego patrzyliśmy, wybuchaliśmy gromkim śmiechem. Ben chyba się na nas obraził, bo zaszył się w garderobie za koszem na brudną bieliznę i długo nie wychodził.

Przed nami rozciągała się otwarta przestrzeń ciągnących się po horyzont pól pokrytych srebrnymi kłosami pszenicy, falującymi jak wzburzona powierzchnia morza. W rozedrganym powietrzu unosiły się chmary owadów, a zwinne jaszczurki, podobne do miniaturowych dinozaurów umykały spod nóg.

Biegliśmy ścieżką wydeptaną przez sarny w kierunku kępki zrośli z samotną sosną, która wyglądała jak palma na maleńkiej, bezludnej wysepce wyrastającej pośrodku tropikalnego morza. Zwinnie jak małpa wdrapałem się na czubek drzewa i przytulony do lepiącego się od żywicy pnia, zastygłem w pełnym napięcia oczekiwaniu. Benek przez chwilę obszczekiwał mnie z dołu, a potem położył się w cieniu, ucinając sobie drzemkę.

Słońce zdawało się wisieć tuż na moją głową, a upał lał się z nieba jak wrzątek. Chciało mi się pić i kiedy zaczynałem już tracić nadzieję, naraz dostrzegłem dwupłatowiec, jak leciał tuż nad linią drzew, robiąc się coraz większy i większy.

Czym prędzej zszedłem z sosny i zacząłem biec co sił przez zboże na spotkanie z nim. Benek obudził się i pognał za mną, z radością biorąc udział w tej nowej dla niego zabawie.

Kiedy samolot minął linię lasu, obniżył gwałtownie wysokość i leciał w naszym kierunku, niemal muskając podwoziem falujące kłosy. Spod jego kadłuba trysnęła krwista smuga sztucznego nawozu, jakby został trafiony pociskiem, ciągnąc za sobą gęsty pióropusz dymu.

Dokładnie w chwili, gdy wielorybi kadłub znalazł się nad moją głową, rozrzuciłem ramiona, niemal ogłuszony rykiem silnika, a opadający nawóz przydusił mnie do ziemi. Kaszlałem, próbując złapać oddech, a moje oczy paliły żywym ogniem, jakby ktoś nasypał tam soli. Benek kichał i fukał zabawnie, niezdarnie pocierając łapą oczy.

Ale po chwili zrywałem się na nogi i pędziłem za oddalającym samolotem, który kładąc się na skrzydła, zawracał i obniżał lot, przygotowując do następnego przelotu. Znów rozkładałem ramiona i upajałem się widokiem zbliżającego się szybko potężnego dwupłatowca.

Nie wiem, czy pilot widział mnie, ale byłby chyba przerażony, gdyby dowiedział się, że jakiś zwariowany dzieciak z psem daje się obsypywać nawozem, niemal dusząc na śmierć tylko po to, aby znaleźć się jak najbliżej lecącego samolotu.

Jednak dla mnie pilot był kimś w rodzaju Supermena i niczego w życiu nie pragnąłem bardziej, jak być na jego miejscu. Usiąść tam, w kabinie samolotu.
__________________________________________________________________________________________________________________________

Wiele lat później, już w innych czasach i w innym miejscu, siedziałem w kabinie szybowca, wykonując swój pierwszy samodzielny lot. Byłem tak samo podekscytowany, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem żółty dwupłatowiec nad polami. Leciałem właśnie do czwartego zakrętu. Byłem już bardzo nisko. Jakieś sto metrów. Pochyliłem szybowiec na skrzydło i dokładnie widziałem niewielkie boisko, na którym chłopiec kopał piłkę do bramki. Wokół niego biegał pies, kreśląc zabawnie ósemki.

Smukły cień szybowca przemknął po wypalonej słońcem trawie.

Chłopiec podniósł głowę do góry i spojrzał na mnie.

Po chwili wyrzucił ramiona w powietrze i zapominając o piłce, zaczął biec razem ze mną.

Uśmiechnąłem się do siebie. Znam to uczucie, stary!

Tak. Wszystko zaczyna się od marzeń.

__________________________________________________________________________________________________________________________

Autorem wpisu jest Damian (właściciel bloga Czarna Skrzynka), a jego malownicza i niezwykła historia należy do blogowego cyklu BYŁO SOBIE MARZENIE. Jeśli masz ochotę podzielić się swoją opowieścią o spełnianiu marzeń na moim blogu Marheri Crafts - koniecznie daj znać! 😊

Czytaj dalej »

środa, 15 marca 2017

Sztuka wieszania obrazów

0


Pamiętam, gdy kilka lat temu, podczas naszej wizyty w Paryżu, z moim ówczesnym chłopakiem, a dziś mężem, odwiedziliśmy Muzeum Orsay. Dzieła tam zaprezentowane, całkowicie zmieniły moje podejście do sztuki... Cóż, na pewno nie jestem wielkim znawcą czy koneserem, ale mogę powiedzieć o sobie "mały fan". Może nie do końca akceptuję jej współczesny wyraz, bardziej lubuję w malowidłach i obrazach Monet, Renoir, Morisot, czyli właśnie dziełach przedstawicieli impresjonizmu, które odkryłam w paryskim muzeum, położonym na lewym brzegu Sekwany. 

Dziś, całkowicie nie wyobrażam sobie wnętrz, bez małych dzieł sztuki. Uwielbiam, gdy ściany domu są pełne rodzinnych fotografii (czyż nie ma piękniejszej sztuki?), plakatów czy też obrazów. Oczywiście, raczej nigdy nie pozwolę sobie na zakup oryginalnych płócien, a przynajmniej tych znanych malarzy. Ale współczesne technologie i materiały, pozwalają nam na ozdobienie naszych domów płótnami i reprodukcjami nawet najwybitniejszych artystów! W brzoskwiniowym domu ściany w pokojach obfitują w obrazy małe i duże, olejne czy też wyszywane, plakaty, zdjęcia drukowane na płótnie, ale też i papierze fotograficznym. Bez dekoracji ściennych, ja bym po prostu nie mogła funkcjonować we wnętrzu. Są dla mnie jednym z najważniejszych elementów całego wystroju domu! Jakkolwiek, wbrew pozorom, wieszanie obrazów, nie zawsze jest takie proste, jak mogłoby się wydawać. Właśnie dlatego przygotowałam dla Was zbiór kilku podstawowych informacji.


Jak wieszać obrazy na ścianie?


Kilka sekretów dekoratorskich dotyczących sposobu wieszania obrazów:

- podstawowa zasada jest taka, aby wieszać obrazy na takiej wysokości, aby ich centralna część znajdowała się na wysokości oczu osoby średniego wzrostu. Generalnie nie zawsze ta wskazówka się sprawdza i czasem warto podwyższyć punkt zawieszania o dziesięć centymetrów. Ta zasada naprawdę działa! Jest to często lepszy sposób postępowania od podejmowania próby ustalenia tzw. wysokości "oczu".

- kiedy wieszamy ramki ze zdjęciami, plakaty czy obrazy, należy pamiętać, aby tworzyły zgrupowaną całość! Poszczególne elementy kompozycji, warto najpierw rozłożyć na podłodze czy dużym stole. Można skorzystać z dużego arkusza papieru (np. szarego). Dzięki niemu możemy obrysować każdą z ram i odpowiednio określić miejsce zamontowania kołka. Taki papier przykleja się następnie na ścianie przy użyciu taśmy malarskiej i służy jako szablon. Dorota Szelągowska pokazała ten patent w programie "Domowe Rewolucje" 😉

- kompozycje zawierające kilka ram, mogą zostać urozmaicone poprzez łączenie ze sobą obrazów w ramach o różnych kształtach.

- jeśli nie czujemy się pewni w tworzeniu kompozycji, zawsze sprawdzi się zasada symetrii! Np. ramki ułożone w linii.

- jeśli wieszasz obraz za lampą, wazonem lub rzeźbą, nie staraj się umieścić ich ponad nimi! Malowidła powinny być zawieszone na takiej wysokości, jakby nic się przed nimi nie znajdowało, czyli przypuszczalnie niżej, niż sądzisz.

- gdy wieszamy obraz nad meblem, musimy pamiętać, aby nie był szerszy od niego.

- ważna jest znajomość linii, zarówno w samych obrazach, jak i sposobie ich powieszenia:
     → linie poziome - optycznie poszerzają wąskie pomieszczenie,
     → linie pionowe - sprawiają, że pomieszczenie wydaje się wyższe.

- dobrze się sprawdzają ramki ustawione na półkach, razem z innymi dekoracjami. Zresztą, dobrze też oprzeć grafikę o komodę.

- warto pamiętać o znaczeniu kolorów ram, które mogą wpływać na aranżację całego wnętrza. Barwy jasne i neutralne działają kojąco, a te intensywne dodają dynamizmu. Oczywiści zabawa z kolorami dotyczy wszystkich elementów pomieszczenia.


To tylko kilka podstawowych informacji. Jakkolwiek, pomimo, że czytałam już dużo "naukowych" materiałów i poradników w temacie wieszania obrazów i temat wydaje się dość skomplikowany, to jeszcze nie trafiłam na wnętrze, w którym dekoracje ścienne wyglądałyby źle. Więc triki warto znać, ale prawda jest taka, że to grafiki i malowidła zwykle bronią się same swoją urodą. W ostatnim czasie dość ambitnie podeszłam do tematu obrazów we wnętrzu i nasza kolekcja cały czas się powiększa. Wyzwaniem było dla mnie odpowiednie dobranie nowego dzieła do sypialni. Nasz dotychczasowy obraz z IKEI wyglądał dobrze, ale do momentu zamontowania baldachimu nad łóżkiem (jeśli jesteście ciekawi poprzedniej wersji sypialni, zapraszam Was TUTAJ). Skorzystałam z oferty sklepu FOTEKS, który posiada właściwie nieskończoną ilość grafik i obrazów, ale ja uparłam się na reprodukcje znanych malarzy. Fajne jest to, że możecie wybrać sobie dowolny wymiar obrazu na płótnie, dzięki czemu łatwiej jest go dopasować do wnętrza.

Powiem Wam szczerze - spędziłam długie godziny na wyborem, analizowałam, mierzyłam, aż w końcu zdecydowałam się na szalony obraz na płótnie Gustava Klimta "Dama z wachlarzem". Malowidło przedstawia piękną i bardzo subtelną kobietę, która urokliwie odsłania nagie ramię. Jest to mocno ekspresyjne dzieło i na pewno nie pasuje do każdego wnętrza, ale nasza prosta sypialnia okazała się idealnym miejscem dla obrazu Klimta. 




I jak Wam się podoba? Teraz ze spokojem mogę nareszcie zabrać się za dekorowanie sypialni, ponieważ jestem już całkowicie zadowolona z tej prostej bazy jaka powstała. Jakkolwiek, bez względu na to, co mi znowu przyjdzie do głowy, pod baldachimem i w towarzystwie damy z wachlarzem śpi się wyśmienicie! 

Czytaj dalej »

poniedziałek, 13 marca 2017

Było sobie marzenie #6

0


O pewnym marzeniu małej dziewczynki….


Od zawsze miałam wyjątkową wrażliwość, której otoczenie nie mogło zrozumieć. Moje dzieciństwo upłynęło w czasach, kiedy emocje dzieci nie były jakoś szczególnie brane pod uwagę. A ja pamiętam, że miałam pewne marzenie, którego nie potrafiłam zwerbalizować. Czułam, ale nie potrafiłam nazwać.

Jak trochę podrosłam to kolejną rzeczą, którą pamiętam jest to, że lubiłam spędzać czas z młodszymi dziećmi – wszyscy to zauważali i komentowali. To było według nich coś wyjątkowego, choć dla mnie zupełnie naturalnego. Uwielbiałam się z nimi bawić, ale najbardziej lubiłam im coś tłumaczyć, opiekować się nimi, ale na poziomie emocjonalnym. Dbałam o to, żeby dobrze się czuły. 

Nadszedł czas wyboru studiów


Później przyszło liceum, nauka i na kilka lat właściwie zapomniałam o mojej „pasji”. Nie było czasu, żeby o tym myśleć. Ważna była nauka, no i koledzy 😉Z tego okresu doskonale zapadła mi w pamięć rozmowa z moimi rodzicami, gdy byłam w klasie maturalnej i nadszedł czas wyboru studiów. Miałam w sobie absolutną pewność, że chciałabym studiować psychologię. 

Niestety ku mojej rozpaczy ten kierunek studiów nie spotkał się z aprobatą moich rodziców. To był czas przemian w Polsce więc oni chcieli, żebym miała w ręku „porządny” fach. Taki, który przyniesie mi w życiu pewne pieniądze i zatrudnienie. Dlatego zamiast na psychologię poszłam do Kolegium Języka Angielskiego, a następnie na anglistykę. 

A później do pracy


Przez 10 lat pracowałam jako nauczyciel angielskiego – uczyłam innych nazywać świat w obcym języku, opowiadać o emocjach, komunikować się. Wydawać się mogło, że to był TEN kierunek. Jednak w pewnym momencie czegoś zaczęło mi brakować. Szukałam odmiany. 

Trafiłam do korporacji – szybkie tempo, naglące terminy, ważne spotkania… Byłam asystentką Dyrektora w banku, zajmowałam się konsultingiem, sprzedażą usług, otwierałam oddziały firmy w innych krajach. Skrycie marzyłam o innej pracy i zamieszkaniu w otoczeniu przyrody i spokojnym, wiejskim życiu, ale codzienność wydawała się nie do przeskoczenia. Zresztą – nawet nie miałam czasu o tym pomyśleć!

Nadeszło macierzyństwo


Gdy pojawiło się pierwsze dziecko, zatrzymałam się. Odkryłam, czym jest spokój, harmonia, tu i teraz. Nie wróciłam już do korporacji, całkowicie oddałam się wychowaniu maluszka. 

Kiedy urodziła się moja córka, sama potrzebowałam wsparcia jako mama - czułam się przytłoczona, zagubiona. Wtedy zanurzyłam się w obszar rozwoju osobistego, korzystałam z pomocy coachów i różnych nauczycieli.


Moje marzenie odzywa się ponownie


Po tym doświadczeniu stwierdziłam, że ja też tak chcę. Że ja też chcę tak pomagać. Już nie ucząc angielskiego, tylko innych jakości. To była taka pewność, jakiej nawet teraz nie potrafię opisać słowami. Taki znany wcześniej podszept duszy, który mówił – idź tą drogą. 

Tylko że myślałam, że przecież oprócz uczenia angielskiego, ja nic więcej nie potrafię. Że przecież oprócz tego jestem tylko mamą. I wtedy mnie olśniło, że jaką TYLKO MAMĄ! ?! Przecież ja byłam AŻ MAMĄ. Uświadomiłam sobie wtedy, jaką ilość książek o wychowaniu przeczytałam, w ilu warsztatach wzięłam udział, ile mam wiedzy z moich studiów pedagogicznych. I że moje dzieci codziennie dostarczają mi nowych lekcji. 


Moje marzenie się spełnia


I wtedy zrozumiałam jak ogromną mam wiedzę i doświadczenie. I stwierdziłam, że to będzie ten kierunek, w którym będę chciała iść. Rzuciłam uczenie (choć wszyscy łapali się za głowę!) no i poszłam. Ukończyłam Szkołę Trenerów i Coachów Umiejętności Wychowawczych w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Zostałam też trenerką metody Ok, tak może być! ©, pomagającej uporać się z trudnymi emocjami. Jestem coachem i trenerem. 

Teraz ja też wspieram inne mamy w ich trudnościach wychowawczych i życiowych. Prowadzę warsztaty i sesje coachingowe. Mam radość z tego co robię. Jestem z siebie dumna. Robię ważne rzeczy - dla mnie, dla mam, dla ich dzieci. Czuję spełnienie i poczucie sensu. Czuję, że dopiero teraz robię to, o czym tak naprawdę marzyłam od zawsze. A na dodatek, dziś mieszkam z dwójką dzieci, mężem i psem w domku pod Warszawą.


Czego mnie ta droga nauczyła ? Jakimi słowami mogłabym Was zainspirować?


Nie ignoruj „podszeptów duszy”. 
Nigdy nie dewaluuj tego kim jesteś i co umiesz. 
Korzystaj z pomocy, kiedy potrzebujesz. 
Jak szukasz tego, co chciałabyś w życiu robić, to sprawdź ze sobą, co daje Ci najwięcej radości, spełnienia i sensu. 
Sprawdź, czy możesz to zamienić w zawód.
A potem rób, to co kochasz, choćbyś się bała.
A jak upadniesz, to wstań, popraw koronę i … idź dalej. 



Nazywam się Joanna Kokoszkiewicz.

Jestem mamą, a także pedagogiem oraz coachem i trenerem umiejętności wychowawczych. Moją misją jest pomaganie innym mamom w rozwiązywaniu trudności wychowawczych, dlatego prowadzę stacjonarne warsztaty dla rodziców oraz coaching rodzicielski, również przez Skype. Jako trener metody „Ok, może tak być!” prowadzę indywidualne spotkania, na których pomagam mamom uwolnić się od bolesnych myśli, emocji i lęków. Piszę też bloga, na którym dzielę się moją wiedzą i doświadczeniem. 

A w sieci można mnie znaleźć tu:
Fanpage: www.facebook.com/progresuj Blog: progresuj.pl/blog  Strona: www.progresuj.pl
__________________________________________________________________________________________________________________________

Autorką wpisu jest Joanna Kokoszkiewicz, a jej czarująca i pogodna historia należy do blogowego cyklu BYŁO SOBIE MARZENIE. Jeśli masz ochotę podzielić się swoją opowieścią o spełnianiu marzeń na moim blogu Marheri Crafts - koniecznie daj znać! 😊

Czytaj dalej »

czwartek, 9 marca 2017

Scrabble podkładki pod kubek DIY

0


Uwielbiam herbatę! Cenię ją sobie bardziej niż filiżankę kawy, którą za to chętnie piję w towarzystwie. To właśnie z kubkiem mocnej, czarnej herbaty zasiadam wieczorami w wygodnym fotelu z książką. Ten napój towarzyszy mi nie tylko w chłodne, zimowe poranki, ale również upalne, lipcowe popołudnia. Swoją drogą, gdy słońce latem daje w kość, ciepła herbata "chłodzi" o niebo lepiej niż szklanka zimnego napoju. Działa to tak, że po jej wypiciu podnosi się temperatura naszego ciała, a po chwili, w wyniku mniejszej różnicy temperatur, czujemy się bardziej komfortowo. Jakkolwiek, w naszym kraju takie podejście jest mało popularne.

Abstrahując od zwyczajów, to podkładka pod kubek przyda się każdemu. Dziś krótka historia o moim pomyśle DIY. Znalazłam kiedyś inspirację na podkładki wykonane z drewnianych literek Scrabble. Pomysł mi się spodobał, ale nie wiedziałam, gdzie takie cuda można kupić. Pewnego razu, znalazłam je w odmętach internetu, ale w cenie kosmicznej, wiec temat sobie odpuściłam i odłożyłam na półkę. Ale kiedy kilka tygodni temu przeczytałam artykuł o mocy AliExpress, wszystko się zmieniło... Podobno ludzie dzielą się na tych, którzy kochają chiński portal zakupowy, i na tych, którzy jeszcze o tym nie wiedzą. Ja należę już do tej pierwszej grupy. Znalazłam tam drewniane literki Scrabble (100 sztuk) za całe 6 zł. Co prawda, na przesyłkę trzeba czekać kilka tygodni, ale czas jest iluzją, jak mawiał Einstein. W pierwotnej inspiracji, takie drewniane literki powinno się przykleić do płyty korkowej, ale ja skorzystałam z samoprzylepnego filcu. W Pepco można kupić za 5 zł super zestaw z meblowymi podkładkami filcowymi, a wśród nich dodatkowo znajduje się dość spory arkusz. Jedna sztuka wystarczyła mi do wykonania czterech podkładek pod kubki. Jako, że nie byłam do końca przekonana do mocy warstwy samoprzylepnej filcu, dodatkowo skorzystałam z kleju na gorąco. Literki układałam całkowicie randomowo. Co ważne, zakupione przeze mnie Scrabble są już pokryte warstwą lakieru, więc po zabawie z klejem, nie musiałam już w żaden sposób zabezpieczać powierzchni. Za pomocą nożyka do tapet pozbyłam się nadmiaru filcu i podkładki były gotowe!

'


Miałam już dość wycierania śladów po kawie czy herbacie na biurku i zaczęłam wreszcie doceniać zalety korzystania z podkładek. Tworzenie tego projektu, bez uwzględnienia czasu oczekiwania na materiały, zajęło mi całe 10 minut! Przez ten czas Bąbel bawił się pod nogami, a ja szybko przykleiłam drewniane literki, ucięłam filc i jestem teraz posiadaczką czterech oryginalnych podkładek. A co, jak co, ale na stanowisku Matki Polki, wszelkie napoje energetyzujące są momentami co najmniej wskazane! Co prawda Bąbel już od dawien dawna przesypia spokojnie noce, a od kilku miesięcy podbija moje sercem, porannym wstawaniem około ósmej, to mimo wszystko jego nadczynność i nadaktywność w ciągu dnia pokona nie jednego siłacza... Nasze dziecko działa na baterie Duracell i jest już szczęśliwym posiadaczem umiejętności chodzenia na dwóch nogach. Bez kawy czy herbaty na co dzień, nie wyobrażam sobie funkcjonowania... Przy okazji, jeśli spodobał Wam się pomysł, a macie ochotę na więcej - to zapraszam Was do facebookowej grupy Miłośnicy DIY 😊

Czytaj dalej »

poniedziałek, 6 marca 2017

Było sobie marzenie #5

0


Od głupiej żaby do poetki


Podążanie za głosem serca nie jest łatwe. W dodatku brzmi kiczowato. Jak wszystko, co ważne, bo nauczyłam się, że jeśli coś wygląda łatwo i przyjemnie, to zwykle jest najważniejsze i zarazem najtrudniejsze do zrobienia. Może albo zniszczyć, albo uleczyć, a co gorsze – wybór należy do mnie. Zatem wybrałam. Życie u boku pasji. Spełnienie marzenia, które rodziło się tak głęboko, że potrzeba było lat, aby je rozpoznać i zrealizować.

Pasja przyszła do mnie bardzo wcześnie. Mam na myśli moją największą pasję, którą jest poezja i w ogóle pisanie. Z perspektywy czasu dostrzegam, że od najmłodszych lat układało się to w piękną całość. A sedno tkwi w tym, że właśnie podążałam za głosem serca.

Pierwsze kroki – po omacku


Jako kilkuletnia dziewczynka uwielbiałam układać słowa do wymyślanych przeze mnie melodii. Oczywiście śpiewałam też piosenki, których nauczyłam się w przedszkolu, ale bardziej interesowało mnie tworzenie własnych. Niezapomnianym hitem był „utwór” pod tytułem „Głupia żaba”, który do dzisiaj mam nagrany na kasecie magnetofonowej. W podstawówce nauczyłam się pisać wypracowania. Im więcej miałam ich na swoim koncie, tym łatwiej przychodziło mi pisanie. Chętnie też interpretowałam wiersze innych autorów. Ciągnęło mnie w stronę twórczego pisania i rozpracowywania tekstów na czynniki pierwsze.

Jako dwunastolatka napisałam swój pierwszy wiersz i zaraz po nim – drugi. Nic specjalnego, rymowanki o kwiatkach i jesiennych liściach. Jednak było to coś mojego, chociaż wtedy nie przywiązywałam do tego wagi. Tak po prostu, gdzieś z tyłu zeszytu, sobie „naskrobałam”. I porzuciłam pisanie na kilka lat. 


Już wiem, że poezja – i co dalej


Na poważnie wróciłam do wierszy w szkole średniej. Wtedy też napisałam swój pierwszy tekst do piosenki oraz opowiadanie. Z czasem pojawiła się myśli o zebraniu wszystkich tekstów w całość. Marzenie o wydaniu pierwszego tomiku wydawało się mało realnym do spełnienia. Jak ja – młodziutka wtedy dziewczyna, amatorka, praktycznie zamknięta w czterech ścianach – mogłabym wydać książkę z poezją? W dodatku z moją poezją. Ja, która czułam zawstydzenie, kiedy ktoś nazywał mnie poetką. Postanowiłam jednak podsycać w sobie to pragnienie i działać.

Brałam udział w warsztatach poetyckich prowadzonych przez tarnogórskiego poetę Andrzeja Kanclerza. Nie mogłam przemieścić się do Domu Kultury, więc Pan Andrzej zabierał całą grupę i warsztaty odbywały się w moim pokoju. Moje teksty prezentowane były też na wieczorach i biesiadach poetyckich przy akompaniamencie muzycznym. Doskonale pamiętam czasy, kiedy podczas jednego z takich spotkań mój brat śpiewał wiersz pt. „Dżdżownica”. Z jednej strony „siedziałam sobie w kącie pokoju”, ale z drugiej – podpatrywałam, jak to robią inni poeci, poznawałam wspaniałe osoby, podsyłałam wiersze, pytałam. 


Zaczynam publikować


W końcu w 2005 roku wydałam swój pierwszy tomik pod tytułem „Coma”, zawierający wiersze z okresu mniej więcej 3 lat, wydany niewielkim nakładem. Tak, żebym mogła podarować ważnym dla mnie osobom i tym, którzy chcieli przeczytać. Jeśli jest wydanie, to i musi być wieczór autorski. Zorganizowali go przyjaciele. Przynieśli świeczki, gitarę i po kolei czytali wiersze z książki. To był wieczorek amatorski, spontaniczny i przepełniony najprawdziwszymi emocjami. Takie są zawsze najcenniejsze. 

Po trzech latach ukazał się drugi tomik „Między źrenicami”. Tym razem nakład był znacznie większy, a wieczór autorski, przy wsparciu Pana Mieczysława Dumieńskiego, przeszedł moje oczekiwania. Wypełniona po brzegi główna sala Domu Kultury. Prowadzenie przez Ewelinę Taul. Oprawa muzyczna – irlandzka muzyka zespołu Donegal. Autorzy tekstów zwykle osobiście je prezentują, czytają, opowiadają o nich. Mój głos na to nie pozwalał. Podążyłam więc za śmiałym pomysłem i zapytałam wspaniałą polską aktorkę, której jestem fanką, czy przeczyta wiersze w moim imieniu. Pani Anna Dymna zgodziła się bez wahania. Gościłam Ją na moim wieczorze poetyckim. Słuchałam, jak czyta wiersze napisane przeze mnie. Czułam, jak z onieśmielonej dziewczyny wykluwa się autorka, która potrafi docenić siebie oraz to, co tworzy.


Po kilku kolejnych latach ukazał się trzeci tomik „Oni”, zawierający wiersze - rozmowy między kobietami i mężczyznami. Dialogi par zakochanych, par spotykających się ponownie po wielu latach oraz par, które natknęły się na siebie po raz pierwszy. Ponownie zaprosiłam Annę Dymną, a do duetu – aktora i artystę kabaretowego Krzysztofa Respondka, który zaśpiewał też kilka piosenek ze swojej płyty. Pięknie zaaranżowane wiersze – dialogi dopełniły napisane przeze mnie piosenki, skomponowane i zaśpiewane przez Marię Druch z zespołem. Mam wrażenie, że ten wieczór był drogowskazem na moją dalszą drogę.


Spełniam się


Spełnienie mojego marzenia o wydaniu jednego tomiku zrealizowało się w wymiarze, o jakim wcześniej nawet nie śniłam. Co więcej, ono się nadal realizuje. Dlatego, że dotyczy tego, co kocham robić. Dlatego, że wciąż piszę. Dlatego, że wciąż wydaję. Wkrótce ukaże się mój czwarty tomik pt. „Obecna”. Piękne i oryginalne ilustracje do moich książek wykonywane są przez australijskiego malarza Kazimierza Kolibę i tworzą z wierszami wyjątkową całość.

Poezja jest integralną częścią mnie. To moja pasja, bez której czułabym się niepełna. Ne piszę regularnie. Kieruję się natchnieniem, wewnętrzną potrzebą. Wiersz jest czymś, co po prostu w danej chwili ze mnie wypływa. Nie potrafię i nie chcę tego zatrzymać.

Kiedy ukazują się moje tomiki, za każdym razem jest to dla mnie przełomowy moment. Namacalnie przekonuję się, że mam grupę czytelników, którzy nie tylko lubią czytać moje wiersze, ale też odnajdują w nich coś dla siebie. To cudowne uczucie wiedzieć, że moja poezja jest odbierana w taki sposób i że są osoby, które czekają na kolejne wiersze.


Odnajduję pasję w innej postaci


Pisanie, tworzenie realizuję także w prowadzeniu bloga Pompka Pompuje, na którym piszę o spełnianiu marzeń i przełamywaniu mentalnych barier, a także w publikowaniu artykułów na łamach prasy. Przygotowuję też kurs online o tym, jak pozostać sobą i rozwinąć skrzydła. W ten sposób mam poczucie, że realizuję siebie wielowymiarowo, trzymając się ważnych dla mnie wartości. A najciekawsze jest to, że co jakiś czas odkrywam w sobie nowe pokłady – odnogi mojej pasji, które z pozostałymi tworzą spójną całość.

Dzięki temu, że zaglądałam w głąb siebie i podążałam za głosem serca, nie zatraciłam pierwszych symptomów mojej pasji z dzieciństwa. Nie tylko potrafiłam je dostrzec, lecz również – kiedy do mnie wróciły – nie odepchnęłam ich. Rozwijałam się w tym kierunku, który z biegiem lat ewoluował i dojrzewał razem ze mną. W efekcie jestem świadoma i stabilna w przekonaniu, kim jestem i w tym, co robię. Moją pasję mogę łączyć z innymi dziedzinami, które mnie fascynują. Mam poczucie, że naprawdę się spełniam i jestem szczera w stosunku do samej siebie. Nie tylko znam swoją drogę, ale nią podążam – spełniłam swoje marzenie.


Justyna Kędzia. Marketingowiec i poetka w jednej osobie. Inspiruje, motywuje i pomaga ludziom przełamywać mentalne bariery w codziennym życiu. Porusza się na wózku i oddycha przy pomocy respiratora. Nie przeszkadza jej to jednak w spełnianiu swoich marzeń, ponieważ uważa, że bariery są przede wszystkim w naszych głowach. Prowadzi bloga Pompka Pompuje, którego przewodnie hasło brzmi: „Chcesz spełniać swoje marzenia? Złap mnie za rękę!"
__________________________________________________________________________________________________________________________

Autorką wpisu jest Justyna Kędzia, a jej zachwycająca i wyjątkowa historia należy do blogowego cyklu BYŁO SOBIE MARZENIE. Jeśli masz ochotę podzielić się swoją opowieścią o spełnianiu marzeń na moim blogu Marheri Crafts - koniecznie daj znać! 😊

Czytaj dalej »

czwartek, 2 marca 2017

Designerska lampa DIY za grosze

0


Dziś po raz kolejny udowodnię, że genialne pomysły cechuje prostota! A było to tak - w naszej sypialni brakowało odpowiedniej lampy, więc postanowiłam stworzyć ją całkowicie od postaw. Uwielbiam dział oświetlenia w każdym markecie budowlanym, ale prawda jest taka, że często lampy tam dostępne, znacznie odbiegają od mojego poczucia stylu. A jeśli już znajdę piękny model, który widziałabym w naszym domu, to cena na metce jest tak duża, że serce moje, a bardziej męża, wpada w niebezpieczny stan palpitacji. Jednak z każdym projektem DIY jaki tworzę, nabieram coraz większego przekonania, że naprawdę dużo rzeczy w domu możemy wykonać całkowicie samodzielnie. Dzięki temu tworzymy wyjątkowy charakter naszego miejsca do życia, ale też znacznie oszczędzamy na wydatkach. 

Do wykonania drucianej lampy użyliśmy:
- siatki ogrodzeniowej zgrzewanej (6,5 zł/mb)
- obręczy z tamborka bambusowego o średnicy 25 cm  (koszt ok. 8 zł)
- prętu gwintowanego M4 (koszt ok. 2zł/1m)
- 8 nakrętek M4
- wiertarka
- zawiesie do lampy sufitowej w kolorze białym (koszt ok. 5 zł)
- kawałek drutu 
- kombinerki

Obręcz z tamborka posłużyła jako baza klosza lampy. Siatkę ogrodzeniową przycięliśmy kombinerkami do prostokąta o wymiarach 78 x 32 cm. Owinęliśmy ją wokół tamborka, który za pomocą pokrętła stał się dobrym ożebrowaniem dla siatki. W dwóch miejscach związaliśmy klosz drucikiem i... już! Klosz był gotowy, bo odśrodkowa siła nacisku obręczy zadziałała lepiej niż klej. Pręt gwintowany ucięliśmy na dwa odcinki o długości 25 cm i przełożyliśmy je przez 4 otwory, które powstały w tamborku z pomocą wiertarki. Może opis brzmi enigmatycznie, ale zdjęcia dobrze pokazują wyżej opisane elementy. Z pomocą prętów powstało miejsce do zamontowania zawiesia lampy i w tym momencie została jeszcze zamocowanie dekoracyjnej żarówki. Niestety, ale nie posiadam zdjęć dokumentujących postęp prac. Wykonując taką lampę z mężem, z projektu siedzącego w mojej głowie, taka dłubanina jest zawsze bardzo dynamiczna. Jesteśmy obydwoje absolwentami Politechniki, a z dwoma inżynierami przy jednym projekcie jest trochę tak jak ze znamiennym przysłowiem "gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść". Nigdy do końca nie wiemy jaki będzie efekt końcowy, a do pomysłów montażowych dochodzimy na bieżąco w trakcie pracy. 





Zdaję sobie sprawę, że to lampa dość oryginalna i całkowicie nie wpisująca się we współczesne trendy i modę. Nie pasuje też do każdego wnętrza, choć akurat w naszej sypialni wygląda znakomicie. Pełni swoją funkcję godnie, a ta jest przecież podstawą przed formą. No i pragnę zauważyć, że na materiały wydaliśmy niecałe 22 złote... Powiedzcie mi, czy znajdziecie w sklepie designerską lampę za taką kwotę? 😉


Czytaj dalej »

poniedziałek, 27 lutego 2017

Było sobie marzenie #4

0


Odkąd pamiętam - wierzyłam, że mogę zajść tam gdzie chcę i spełnić wszystkie marzenia, które zapragnę. Tak było jak byłam małą dziewczynką, niestety życie weryfikuje tego typu myślenie, a może nie tyle życie, co ludzie wokół.

Powszechne jest powiedzenie “nie zapeszaj”, czyli nie mówienie głośno o swoich planach czy marzeniach. Jeśli powiesz komuś, że Twoim marzeniem jest podróż dookoła świata, albo dom na wyspach kanaryjskich, to o ile nie jesteś miliarderem, pewnie spotka się to z trwogim śmiechem. Nikt nie bierze na poważnie tego typu słów. Zupełnie nie wiem dlaczego. Według mnie spełnianie marzeń zależy tylko i wyłącznie od nas samych, tak samo jak bycie szczęśliwym. Szczęście to nasz wybór, jeśli chcesz być szczęśliwa, to będziesz, a jeśli nie wierzysz, że możesz być i skupisz się na udowadnianiu sobie, że jest beznadziejnie, to tak właśnie będzie.

Jak powiedział Henry Ford: „Jeżeli myślisz, że coś możesz lub czegoś nie możesz, za każdym razem masz rację.”

Wierzę w to całą sobą. Choć oczywiście miałam w życiu, jak każdy, złe momenty, ciężkie sytuację, głównie finansowe, powątpiewania w siebie i świat. Przeszłam przez to wszystko, a mimo to ta wiara z młodzieńczych lat została gdzieś z tyłu głowy.

Ponad 10 lat temu, jeszcze na studiach, wyjechałam do Wielkiej Brytanii na popularny wtedy wakacyjny zarobek. Odłożyłam sobie trochę pieniędzy na podróże, bo to od zawsze było coś najwspanialszego dla mnie. Przynosiło mi najwięcej satysfakcji, szczęścia i ubogacało moje życie. Pojechałam na 2 tygodnie do odległego Bahrajnu. To miejsce zachwyciło mnie pod każdym względem, wszędzie dostrzegałam przepych i bogactwo. Otwartość i beztroskę mieszkańców. Wielkie pałace, drogie samochody, prestiżowe miejsca. Potrawy, których nigdy wcześniej nie jadłam. Wszystko było inne i fascynujące, było jak w bajce.




Po cudownych wakacjach wróciłam do szarej rzeczywistości aby dokończyć studia w Lublinie, który był chyba najlepszym kontrastem do tego co dopiero zobaczyłam. Bahrajn tkwił w mojej głowie przez długie lata, jeszcze będąc tam wiedziałam, że mieszkanie w tym niesamowitym miejscu jest moim marzeniem. Nie było to łatwe ponieważ dostanie wtedy wizy graniczyło z cudem, zresztą cała reszta związana z przeprowadzką również.

Skończyłam studia, przeprowadziłam się do Warszawy, pracowałam w różnych miejscach, nie zarabiając dużo więcej niż najniższą stawkę krajową. Do tego jestem osobą ciepłolubną, bardzo cierpiałam podczas zimy w Polsce i mieszkanie w ciepłych krajach nie było tylko marzeniem, ale i koniecznością.

Po około 7 latach od moich pamiętnych wakacji postanowiłam odłożyć trochę pieniędzy aby znowu odwiedzić ukochany Bahrajn. Znowu cudowne wakacje, ale tym razem powiedziałam sobie, że wracam do Polski tylko po to żeby pozamykać sprawy i spakować swoje rzeczy. I tak właśnie się stało, po 7 latach spełniłam swoje marzenie. Przeprowadziłam się do Bahrajnu. Początki oczywiście nie były łatwe. Kiepska praca, niewielkie zarobki, daleko od domu i wszystko to przez co przechodzi samotna dziewczyna na emigracji.

Po pewnym czasie poznałam jednak swojego przyszłego męża i dalej nie było łatwo, ale od tamtej pory byliśmy we dwoje. Po ślubie postanowiliśmy spełnić nasze wspólne marzenie i otworzyć firmę – szkołę sztuk walki. I znowu napotkaliśmy na masę trudności, ale udało nam się. Pomimo tych wszystkich kroków pod górkę nie żałuję ani jednej decyzji i jestem szczęśliwa, że mogłam spełnić swoje marzenia.


Tym wszystkim udowodniłam sobie i swojemu otoczeniu, że spełnianie marzeń jest trudne, ale możliwe i że warto o to walczyć. W dalszym ciągu mam głowę pełną pomysłów oraz marzeń i na pewno będę je realizować i nigdy się nie poddam, nawet jeśli ich spełnianie zajmie mi znowu 7 lat.
__________________________________________________________________________________________________________________________

Autorką wpisu jest Izabela Hasan (właścicielka bloga Isia's world), a jej interesująca i romantyczna historia należy do blogowego cyklu BYŁO SOBIE MARZENIE. Jeśli masz ochotę podzielić się swoją opowieścią o spełnianiu marzeń na moim blogu Marheri Crafts - koniecznie daj znać! 😊

Czytaj dalej »

piątek, 24 lutego 2017

Plakat dla joginki i nie tylko |do druku|

0


Eh, no i stało się... Spróbowałam moich sił i zmierzyłam się z tajemną wiedzą tworzenia grafik. Co prawda mam spore doświadczenie w rysowaniu i modelowaniu, ale czysto technicznych spraw. Elementów do klimatyzacji na przykład 😋 Swego czasu tworzyłam też trójwymiarowe modele z klocków lego... Ale przebywając w domu z Bąblem, nie mam za wielu możliwości wykorzystywania mojej inżynierskiej wiedzy i umiejętności. I cóż, nie ukrywam, ale zaczyna mi tego brakować coraz bardziej. No to sobie chociaż plakat zmalowałam... 😊

A z tą harmonią, to muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie czułam się ze swoim ciałem tak dobrze jak teraz. Macierzyństwo otwiera najważniejszy rozdział w życiu kobiety. Odciska też ślady na ciele, ale nawet je polubiłam i mi nie przeszkadzają. Akceptacja i szacunek do własnego ciała to podstawa szczęśliwego życia. Choć pewnie nigdy nie dam się zbałamucić dietom i wyrzeczeniom. Uważam, że żyję fit, choć na śniadanie zjadam pszenną bułkę z masłem i żółtym serem. Zdarza mi się zjeść czekoladę. Nie, wróć! Czekoladę to akurat jem często 😜 Ale choć popełniam tak kardynalne i karygodne błędy w swojej diecie, to dużo ćwiczę, piję hektolitry wody i staram się robić mądre zakupy. Jakkolwiek równowaga z własnym ciałem, to nie tylko to co jemy, ale przede wszystkim to - co mamy w głowie! Tak naprawdę życie to nieustanna praca nad sobą, nad swoimi wadami. Znalezienie celu i pasji! To spełnianie marzeń wielkich małych, ale też docenianie ulotnych, szczęśliwych chwil dnia codziennego. To też rodzina i bliscy, którzy nam towarzyszą w podróży, zwanej życiem. Równowaga oznacza zrównoważenie naszych priorytetów i potrzeb. 



Plakat jest dla tych, którzy taką równowagę odnaleźli, ale też dla tych, którzy nadal jej szukają. To moje pierwsze podejście do tematu związanego z grafiką, więc jestem otwarta na sugestie i uwagi. Jakkolwiek, tak po cichu liczę, że się Wam spodoba 😉
__________________________________________________________________________________________________________________________

Plakat dla joginki i nie tylko - możecie pobrać TUTAJ

Kilka spraw technicznych:
➤ plik jest zapisany w formacie PDF
➤ format plakatu to A4
➤ grafikę możecie spokojnie wydrukować za pomocą domowej drukarki
➤ plakat warto wydrukować na papierze lepszej jakości (np. technicznym)
➤ plik tylko dla własnego użytku, a nie komercyjnego!  

Będzie mi bardzo miło, jeśli podzielicie się linkiem do wpisu i udostępnicie go na swoim Facebooku 😊

Czytaj dalej »