Byłam w Dzień Dobry TVN, czyli telewizja śniadaniowa od kuchni

11/15/2017


Foto: Tomasz Urbanek / East News/Dzień Dobry TVN

Minął tydzień od mojego udziału w programie Dzień Dobry TVN, a ja cały czas mam wrażenie, że to był tylko piękny sen... A zaczęło się wszystko w pewien listopadowy dzień, gdy zadzwonił do mnie telefon z informacją, że zapraszają mnie i moje makramy do Warszawy!

Miałam całe trzy dni na przygotowanie się do udziału w programie. Myślę, że to były jedne z najbardziej stresujących dni w moim całym życiu... Byłam chodzącym kłębkiem nerwów, który momentami o tym zapominał i zaczynał skakać z radości i szczęścia. W swojej pierwszej ciąży nie przeżyłam tak intensywnej huśtawki emocjonalnej 😉

Im bliżej emisji, tym sprawy nabrały takiego rozpędu, że nie miałam już czasu myśleć o jakimkolwiek stresie czy tremie. Nie będę wdawać się w szczegóły, ale całe dwa dni przed emisją spędziłam w biegu. Musiałam przygotować materiały, spakować makramy, przebyć długą drogę do Warszawy i jeszcze zrobić wiele innych, mniejszych spraw. Efekt był taki, że gdy szczęśliwie dotarłam do hotelu, w końcu miałam czas, aby ogłosić światu, co mnie czeka za wyzwanie. Mój pierwszy live na fb, który wtedy powstał i wyglądam w nim jak szalony Einstein, do dziś mnie niezmiernie bawi 😅

Resztę wieczoru spędziłam z Iwoną z Szydełkowe CUDAsie. Wspólnie wybrałyśmy się do studia Dzień Dobry TVN, aby zabrać część naszych wyplecionych rzeczy i spotkać się na miejscu ze scenografką. Jeszcze nic nie było przygotowane, ale ona spokojnie nas zapewniała, że rano wszystko będzie gotowe. Tak szczerze, jakoś było mi ciężko w to uwierzyć, ale przyjęłam jej spokój i entuzjazm. Resztę wieczoru spędziłyśmy na mieście, siorbiąc litrowe piwa.

A potem rozpoczął się jeden z najfajniejszych poranków w moim życiu...!

Gdy wyszłyśmy z hotelu, listopadowe powietrze otuliło nas swoim chłodem. Po stolicznych ulicach przemykały auta, a chodnikami spieszyli Warszawiacy. Miałyśmy do pokonania z hotelu jedyne 900 metrów spacerem, ale to był ten moment, w którym czas okazał się dla nas stanąć i miałyśmy we dwie wrażenie, że poruszamy się niczym ślimaki. Gdy zaczęłyśmy się powoli niepokoić, że nie zdążymy na czas, naszym oczom ukazał się wieżowiec przy Marszałkowskiej 76. A w środku... pełno kamer, świateł, krzątających się ludzi. Jak za dotknięciem magicznej różdżki, miejsce, w którym byłyśmy kilkanaście godzin wcześniej, zmieniło się nie do poznania! Nieśmiało weszłyśmy do środka, a kierownik planu powitał nas gromkim okrzykiem: "To pewnie nasze dzisiejsze gwiazdy!".

Zawsze wyobrażałam sobie, że w telewizji jest urwanie głowy, chaos i zamieszanie. A cały zespół był spokojny i zrelaksowany. Wszyscy byli bardzo serdeczni i powitali nas z uśmiechem. Gdy pojechałyśmy na 9. piętro, aby oddać się w ręce makijażystek, trafiłyśmy do samego studia Dzień Dobry TVN. Co nas totalnie zaskoczyło, to miejsce jest o wiele mniejsze, niż na ekranie telewizora.

Zegar wybił godzinę 8, a za naszymi plecami rozpoczęło się nagrywanie programu.

Gdy makijaż i fryzury były dopięte na ostatni guzik, wróciłyśmy do kawiarenki. Nim się obejrzałyśmy, przyszła do nas Ula, z którą miałyśmy po raz pierwszy pojawić się na wizji. Jest absolutnie przemiłą i uroczą osobą! A potem kierownik planu zaczął wyliczać czas do rozpoczęcia transmisji.... Najpierw "3 minuty", potem krzyknął "2 minuty". Wymieniłyśmy z Iwoną spojrzenia, stres zaczął się w nas panoszyć. Przez chwilę, przyszło mi przez głowę, aby po prostu stamtąd uciec. Sytuacja zaczynała się robić coraz bardziej poważna, operatorzy kamer przyjęli poważne miny i skupili się na pracy. Kierownik planu powiedział "30 sekund", a ja zbladłam wtedy całkowicie... I gdy sytuacja wyglądała naprawdę krytycznie, zapadła w studio cisza i powietrze można było ciąć nożem, w tym momencie, jeden z operatorów kamery rzucił całkowicie beznadziejny i głupi suchar. Dosłownie wszyscy wybuchnęli śmiechem, napięcie zeszło z nas całkowicie i... pojawiłyśmy się nagle na wizji!

Ciekawostką jest to, że przed każdym wejściem na żywo (a pojawiałyśmy się na wizji aż czterokrotnie), sprytny Pan operator powtarzał swój numer z dowcipem. Nie pamiętam żadnego z nich, ale wiem, że śmiałam się w głos. Myślę, że muszą często stosować ten zabieg, gdy w studio pojawiają się takie "Świeżynki", jak my z Iwoną. Ale cóż, trzeba przyznać, że zadziałało!

Przez te kilka godzin, które spędziłyśmy w programie, spotkałyśmy naprawdę wiele fajnych i otwartych osób. Atmosfera była wspaniała! Pomiędzy wejściami, musiałyśmy podpisywać formalne zgody, ustalać niektóre aspekty techniczne naszego występu i przyjazdu, ale też prowadziłyśmy zwyczajne, miłe konwersacje z całym zespołem. Efekt jest taki, że czas zleciał tak szybko, że nim się obejrzałyśmy, zgasły światła, a nasza telewizyjna przygoda dobiegła końca.

Nasze dwa wejścia na żywo, znajdziecie w archiwum programu Dzień Dobry TVN, a dokładniej TUTAJ.

Jeśli chodzi o abażur, nad którym rozpoczęłam pracę na wizji, zdecydowanie miałam bardziej ambitny plan w jego ukończeniu. Jednak ta masa emocji, która mnie spotkała na miejscu, niestety uniemożliwiła szybszą pracę. Udało mi się go ukończyć kilka dni później. I oto efekt końcowy:


Jakby mi ktoś kilka miesięcy temu powiedział, do jakiego punktu doprowadzi mnie praca nad blogiem i rozwojem makramowej pracowni, nie uwierzyłabym mu całkowicie... Może dla niektórych wydaje się to banalne, ale dla mnie zaproszenie do programu było spełnieniem wielkiego marzenia i naprawdę wspaniałą przygodą! To, co się stało w studio przy Marszałkowsiej 76, już na zawsze zostanie moją siłą napędową do dalszego działania. Tym bardziej, że teraz los przygotował dla mnie dość smutną niespodziankę i musiałam się z nią szybko zmierzyć i przełknąć jak gorzką pigułkę.

Właśnie dlatego, warto czerpać z tych pięknych przygód, które nas spotykają w życiu, jak najwięcej, aby później móc zmierzyć się z tymi mniej przyjemnymi. Nigdy nie wiemy, co los szykuje dla nas w zanadrzu. Bo w każdej chwili, może zadzwonić do nas telefon z informacją, która zmieni całe nasze życie. Życzę Wam, aby były to zawsze dobre wiadomości!


Chciałabym Wam, moi Drodzy Czytelnicy, ślicznie podziękować za słowa wsparcia! Dziękuję również Iwonie za towarzyszenie w tej niesamowitej przygodzie, sznurkom Bobbiny za uratowanie przed materiałową katastrofą oraz FILOLOOP za piękną pufę, która została gwiazdą scenerii. Dziękuję na samym końcu mojemu mężowi i synowi, którzy mocno zaciskali kciuki i pomogli zmierzyć z tym wielkim wyzwaniem!


  • Podziel się:

To może Cię zainteresować

0 komentarze