poniedziałek, 1 maja 2017

Było sobie marzenie #11



Majówka, nie majówka - mamy poniedziałek, więc czas na kolejną opowieść o marzeniach! To wzruszająca i rodzicielska opowieść Karoliny, którą zdecydowanie warto przeczytać.

__________________________________________________________________________________________________________________________

Było sobie marzenie - „I żyli długo i szczęśliwie…”

Kiedy byłam małą dziewczynką, przepadałam za bajkami Disneya. Najbardziej podobało mi się w nich to, że dobro zawsze zwyciężało ze złem, niemal każda miała swój happy end i kończyła się słowami "i żyli długo i szczęśliwie".

Potem dorosłam - ale nadal naiwnie wierzyłam w to, że moja rzeczywistość będzie utrzymana w takiej bajkowej, disneyowskiej konwencji. Właściwie to nie marzyłam o jakichś wielkich i wzniosłych rzeczach - chciałam mieć po prostu dobre życie, być szczęśliwą i kochaną i otaczać się ważnymi dla siebie ludźmi. 

Początkowo wszystko układało się dokładnie tak, jak to sobie zaplanowałam - zupełnie jakbym szła przez życie z jakąś "checklistą" i odhaczała na niej kolejne zrealizowane punkty. Dużo podróżowałam, skończyłam studia z wyróżnieniem, znalazłam pracę, wyszłam za mąż za wspaniałego człowieka. Tuż po ślubie wprowadziliśmy się do nowego mieszkania, w którym jeden pokój stał pusty i niepomalowany - w oczekiwaniu na kolejnego członka naszej rodziny...

I właśnie w tamtym momencie wkroczył na scenę czarny charakter, który usilnie próbował pokrzyżować nasze skrupulatnie obmyślone plany.

Tym czarnym charakterem - była choroba. Podstępna i zdradliwa - gorsza niż wszystkie disneyowskie czarownice i zatrute jabłka razem wzięte. Jednego dnia dawała nadzieję - tylko po to, by już nazajutrz perfidnie i brutalnie ją odebrać. W swojej przebiegłości umiała zmylić nie tylko nas, ale i lekarzy - sprowadzając ich na manowce błędnych diagnoz i zupełnie nieskutecznych terapii. Z każdym miesiącem marzenia o dziecku wydawały się coraz bardziej odległe i nierealne - a nasza bajka zamieniła się w jakąś kiepską tragifarsę, której sami nie mieliśmy ochoty już dłużej oglądać. W pewnym momencie uznaliśmy, że najwyższy czas zafundować sobie i wszystkim widzom zupełnie nieoczekiwany zwrot akcji...

Po dwóch latach bezowocnych starań – po raz pierwszy przekroczyliśmy próg ośrodka adopcyjnego.

Niektórzy ludzie na wieść o takiej decyzji patrzyli na nas ze zdumieniem tak wyraźnym, jakby za chwilę mieli popukać się w czoło. "Tacy jeszcze młodzi - i zamiast w dalszym ciągu starać się o własne dziecko, wolicie wziąć do siebie cudze?!" My natomiast z każdym dniem i z każdą kolejną wizytą byliśmy coraz bardziej przekonani o słuszności swojego wyboru. Mając w głowach pewne wyobrażenia dziecka - wcale nie myśleliśmy o nim jak o "cudzym". Wiedzieliśmy, że od samego początku będzie po prostu nasze - wyczekane i wytęsknione. Jedyna różnica polegała na tym, że zamiast nosić je pod sercem przez 9 miesięcy - nosiłam je w sercu przez kolejne dwa długie lata...

Pamiętam doskonale moment, w którym zadzwonił TEN telefon z ośrodka. Już następnego dnia tuliłam do siebie małe i wyjątkowo głośne zawiniątko, opatulone w polarowy kocyk - sama jeszcze nie do końca w to wierząc i szepcząc do stojącego obok męża: "Uszczypnij mnie, bo to chyba sen...".


Dzisiaj nasz synek jest niesamowicie kochanym, rezolutnym i energicznym trzylatkiem. Oczywiście wie o tym, że urodziła go inna mama - choć pewnie jeszcze nie do końca to rozumie. Kiedy codziennie zarzuca mi rączki na szyję i mówi "kocham Cię" - to jest właśnie spełnienie marzeń. Najlepsze i najpiękniejsze, jakie jestem w stanie sobie wyobrazić...

Jeżeli macie ochotę poczytać o nim więcej – zapraszam na swojego bloga Nasze Bąbelkowo, na którym obalam mity związane z adopcją dziecka i pokazuję, że jest to tak samo piękna i wartościowa droga ku rodzicielstwu, jak każda inna.

__________________________________________________________________________________________________________________________

Autorką wpisu jest Karolina, a jej wzruszająca i rodzicielska historia należy do blogowego cyklu BYŁO SOBIE MARZENIE

UWAGA!!
Jeśli chcielibyście podzielić się swoją opowieścią o spełnianiu marzeń, to koniecznie do mnie napiszcie. Z chęcią opublikuję na blogu Wasze historie 😊

Mój mail: kontaktmarheri@gmail.com

Brak komentarzy: