Było sobie marzenie #10

4/23/2017



Po dwutygodniowej przerwie wraca blogowy cykl "Było sobie marzenie"! To romantyczna i wspaniała opowieść Ani - jej historia to doskonały przykład na to, że marzenia się naprawdę spełniają!





Myślę, że moja – a w zasadzie nasza – historia to doskonały przykład na to, że marzenia się spełniają, a los czasami wynagradza nam cierpienie z nawiązką, której nigdy byśmy się nie spodziewali. I zarazem dowód na to, że warto walczyć, czekać i wierzyć.


Jak wyglądały moje marzenia 5 lat temu? Uff. To chyba najprostsze – bo były bardzo jasno sprecyzowane. Studia, aplikacja, praca, praca i jeszcze raz praca, a gdzieś na końcu tego procesu – własna kancelaria. Gdzieś pomiędzy ślub, dzieci, własny dom. Banał, prawda? Znakomita większość studentów pierwszego roku prawa mniej więcej tak widzi swoją przyszłość.

Na swoje marzenia musiałam niemało pracować. Nie należałam do grupki tzw. bananowych dzieci. Nie należałam też do tych, za którymi stoją rodziny potrafiące zrobić  d o s ł o w n i e  wszystko by spełnić marzenia swoich dzieci. Należałam do zupełnie przeciętnej grupy, na moim roku akurat można by rzec – stanowiącej skrajną mniejszość. Studiowałam, pracowałam w dwóch miejscach – bo jedna praca pozwalała mi opłacić rachunki i tzw. życie, druga czesne, podręczniki, wszystko co związane ze studiami, pozwalając sobie czasem na jakiś ciuch czy odłożenie do puszki. I tak sobie żyłam, nie narzekałam, kroczek po kroczku dreptałam w stronę spełnienia swojego marzenia.

I trach – stało się! Wzięła się dziewczyna zakochała, co istotniejsze – z wzajemnością. Nagle oprócz pracy i studiów – życie zdominowała również miłość i związek. Ależ to banalne, jeszcze bardziej niż te studenckie pragnienia! Nie bardziej jednak banalne niż niedojrzały mężczyzna, który ucieka przed odpowiedzialnością i porzuca rodzinę. A jednak mnie i ten banał spotkał…

Jak wyglądały moje marzenia 2 lata temu? Pragnęłam bardzo – naprawdę bardzo! – potrafić ze spokojem myśleć o tym, co nas czeka. Nas – czyli Małego Człowieka i Mamę. Niezmiennie we dwójkę. Odkopywałam się z dna jakiejś beznadziejnej rozpaczy, która opanowywała mnie co wieczór, gdy ten maleńki chłopczyk zasypiał w swoim łóżeczku. Całe noce siedziałam na kanapie albo leżałam w łóżku i gapiłam się w sufit, nie mogąc zebrać się w sobie by pójść pod prysznic, zrobić sobie herbatę, przebrać się po całym dniu. Wszelka mobilizacja i siła powracała o świcie. Mając na uwadze pobudkę Małego Człowieka w najbliższym czasie, pędziłam do łazienki, później po kawę i czekałam – gotowa! – aż otworzy oczka. Gotowa i na nowo silna. Pragnęłam wtedy by ktoś usiadł obok, gdy zapadał ten straszny wieczór. Pragnęłam móc podzielić się z kimś swoimi wątpliwościami, słabościami, zmartwieniami. Tak bardzo pragnęłam nie musieć kiedyś tłumaczyć własnemu dziecku, dlaczego jego ojciec go zwyczajnie nie chciał.

To dominowało moje obawy o przyszłość. Pracowałam ile sił, ogarniałam w domu, zajmowałam się Małym Człowiekiem z uwagą i miłością za dwoje rodziców. Ale w tym wszystkim bałam się tak naprawdę jednego. Co powiem, gdy zapyta: Mamo, a gdzie jest mój Tata?

Jak wyglądają moje marzenia teraz? Ojej! Dziś jest ich tak wiele! Marzy mi się – marzy nam się! – własny dom, nie jakiś tam wielki ale  w ł a s n y. Marzy nam się drugie dziecko za lat kilka. Marzy nam się niejedna piękna podróż, niejeden mały wielki cel. Marzy mi się by trwało to wiecznie. Co? To co nas spotkało!

Po długich miesiącach wmawiania sobie, że – skoro nas to wszystko spotkało – muszę skupić się tylko i wyłącznie na dobru Małego Człowieka, nastąpiły kolejne miesiące, w których zajęłam się też sobą. Nauczyłam się znajdować chwile dla siebie i zaczęłam odczuwać potrzebę dbania o siebie. Nie tylko w sferze fizycznej. Nauczyłam się mówić o wszystkim, co czuję ( a raczej pisać na blogu ;) ), odnajdować spokój w rozmowach z innymi i ukojenie w czasie, który nieubłaganie mijał. Dałam się namówić przyjacielowi i zdecydowałam o pójściu na randkę. Zdecydowałam w zasadzie w ostatniej chwili bo miałam zamiar odmówić, nawet się nie przygotowałam. Zostałam jednak wręcz zmuszona i w ten oto sposób pędziłam w miętowych trampkach, dżinsach boyfriendach i białym t-shircie, prosto z piaskownicy osiedlowej – na spotkanie z Nim. I wiecie co…? To była jedna z lepszych decyzji mojego życia!

Bo dzisiaj, gdy minie za chwilę rok od tamtego popołudnia i tamtego spotkania – mam wspaniałego partnera, Mały Człowiek ma ukochanego ojca a nasza trójka tworzy zgraną i szczęśliwą rodzinę. Patrząc na nas z boku – nikt nie powiedziałby, że jeszcze rok temu nawzajem się nie znaliśmy. A my w ciągu tegoż roku zdążyliśmy stworzyć dom pełen miłości, powziąć ogromne plany i wspólnie je realizować – krok po kroku, powolutku a finał tej ciężkiej pracy zaskoczy zapewne niejednego. Z kolei przez niespełna dwa lata samodzielnego macierzyństwa zdążyłam się przekwalifikować, stworzyć swój maleńki biznes i odnaleźć się w czymś zupełnie nowym, co ostatecznie okazało się być dla mnie wręcz stworzonym. Czy jestem z siebie dumna? Jestem! Jestem jak cholera!


Warto pragnąć czegoś, co na pozór jest nieosiągalne? Warto! Rok temu tylko pragnęłam, a dzisiaj mam więcej niż bym się kiedykolwiek spodziewała. Warto walczyć? Warto, jeśli w grę wchodzi nasze szczęście! Warto czekać? Warto bo cierpliwość nie tylko uczy pokory ale i pozwala nam doczekać się tego, co na nas czeka gdzieś na końcu drogi, będącej zarazem początkiem nowej. 

__________________________________________________________________________________________________________________________

Autorką wpisu jest Ania (właścicielka bloga mama-sama.pl), a jej romantyczna i wspaniała historia należy do blogowego cyklu BYŁO SOBIE MARZENIE

UWAGA!!
Jeśli chcielibyście podzielić się swoją opowieścią o spełnianiu marzeń, to koniecznie do mnie napiszcie. Z chęcią opublikuję na blogu Wasze historie 😊

Mój mail: kontaktmarheri@gmail.com

  • Podziel się:

To może Cię zainteresować

0 komentarze