poniedziałek, 20 marca 2017

Było sobie marzenie #7



Wszystko zaczyna się od marzeń!


Moje największe marzenie zawsze zaczynało się późną wiosną. Albo wczesnym latem. Najtrudniejsze było jednak to, że nigdy nie dawało się określić dokładnego dnia. Kiedy się pojawi. Z każdym tygodniem robiłem się coraz bardziej niespokojny, a moja wrodzona niecierpliwość wystawiana była na ciężką próbę.

Aż tamtego dnia w końcu się spełniło.

Wracałem polną drogą ze szkoły, kiedy na horyzoncie pojawił się mały punkcik. Błyskawicznie rósł w oczach i po chwili zmienił się w znajomy kształt. Leciał nisko nad koronami drzew. Wyskoczyłem na środek drogi, a moje serce o mało nie wyrwało się z piersi, niczym dziki ptak na wolność trzymany w klatce. Zaczynałem wrzeszczeć na całe gardło i machać rękami jak wariat.

Pilot chyba mnie zauważył, bo naraz skręcił w moją stronę i leciał teraz tuż nad drogą, rosnąc z każdą sekundą i napełniając powietrze basowym rykiem silnika. Przetoczył się nad moją głową jak bliski grzmot i lśniący, pękaty kadłub AN–2 wystrzelił w górę. Samolot zakołysał się ociężale z jednego skrzydła na drugie i wiedziałem, że pilot zrobił to specjalnie dla mnie. Po chwili silnik zwiększył obroty, samolot wziął głęboki zakręt i znikł za lasem. Jeszcze przez chwilę widziałem jego obły statecznik pomiędzy drzewami i zapadła cisza.

A ja ruszyłem raźno w kierunku domu środkiem drogi, oddychając pełnymi płucami. Wiedziałem, że teraz widok samolotu robiącego wiraże nad polami będzie towarzyszył mi przez kilka najbliższych tygodni i jeszcze nadarzy się niejedna okazja, aby się do niego zbliżyć na wyciągnięcie dłoni. Ta podniecająca perspektywa napawała mnie wprost niosącą radością.

Lotnictwo było moją największą pasją, od kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ten duży, dwupłatowy samolot, który każdego roku pojawiał się w naszej okolicy, żeby opryskiwać pola. Widok ten otworzył przede mną nieznany, fascynujący świat i na zawsze zaszczepił we mnie miłość do latania. Tata, widząc moje zainteresowanie, zamówił prenumeratę Skrzydlatej Polski w kiosku obok poczty. Pani Czapla nie chciała się z początku zgodzić, bo jak mówiła szkoda zachodu dla jednego egzemplarza.

Czapla to było jej nazwisko, chociaż wyglądała zupełnie jak ten ptak, od którego je zapożyczyła: miała długi nos, zdający się wyrastać prosto z czoła; duże okulary ze szkiełkami grubymi jak dna od butelek i wiecznie nosiła ten sam szary sweter. Sweter zapewne zrobiła sama, bo zawsze widziałem, jak robi na drutach, siedząc od rana do późnego popołudnia w kiosku. Gruby, mój najlepszy kumpel, kiedyś zdradził mi w wielkiej tajemnicy, że pani Czapla specjalnie przekłuwa szpilką kondomy, żeby kobiety zachodziły w ciążę, bo według niej używanie ich to śmiertelny grzech. W kościele pani Czapla zawsze siedziała w pierwszym rzędzie i śpiewała wysokim, skrzeczącym głosem, aż czasami ksiądz musiał ją uciszać.

Nie miałem zielonego pojęcia, co to znaczy „kondom”, ale nie pytałem Grubego, bo nie chciałem uchodzić w jego oczach za takiego, który nie wie. Rodziców również nie pytałem, ponieważ miałem przeczucie, że skoro usłyszałem to słowo od niego, z pewnością musi być to jakieś wyjątkowe świństwo.

Czasopismo przychodziło bardzo nieregularnie i każdego dnia po szkole szedłem do kiosku, pytając czy już się pojawiło. Pani Czapla miała mnie już zapewne serdecznie dosyć, ale czasami zdarzał się ten wyjątkowy dzień, kiedy już z daleka machała do mnie ręka przez wąskie okienko, uśmiechając się dobrotliwie.

W takich dniach zwykle nie pamiętałem drogi powrotnej do domu.

A potem przez kilka następnych tygodni żyłem moimi marzeniami. Razem z moim najlepszym przyjacielem, Benkiem, każdego dnia odprawialiśmy ten sam rytuał. Wymykaliśmy się z domu i pędziliśmy przez pola na spotkanie z samolotem.

Tata twierdził, że jak na myśliwskiego psa, Benek jest „rozpuszczony jak dziadowski bicz”, ale według mnie był najinteligentniejszym psem na świecie. Mógłbym przysiąc, że Benek rozumiał ludzką mowę, ale z sobie tylko znanych powodów wolał nie zdradzać tej umiejętności. Czasami, kiedy miałem nieodpartą chęć opowiedzenia jakiejś niesamowitej historii, a rodzice byli akurat zbyt zajęci, aby poświęcić mi czas, Benek stawał się moim jedynym i cierpliwym słuchaczem. Zawsze przysłuchiwał mi się z uwagą zabawnie marszcząc czoło, przekrzywiając łeb na boki, a na jego obwisłych wargach błąkał się ironiczny uśmieszek. A kiedy wpadałem w podły nastrój i moje życie stawało się podobne do tych niemych filmów, które nadawano w niedzielne popołudnia, Benek zawsze mi towarzyszył i jak najlepszy kumpel, siedział cierpliwie na tylnych łapach, od czasu do czasu poszturchując swym wilgotnym nosem w ramię.

Kilka dni temu Ben odkrył wśród stosu drewna ułożonego przy tylnej ścianie garażu wielkie gniazdo os i niefrasobliwie wetknął tam swój wiecznie szperający nos, niszcząc delikatną konstrukcję, czym wprawił jej mieszkańców w prawdziwą furię. Staliśmy wtedy z mamą i tatą na ganku i widzieliśmy, jak panicznie uciekał w naszym kierunku z głośnym skomleniem, a nad jego głową unosiła się chmura wściekłych os. Musieliśmy wszyscy schronić się w domu i do końca dnia nie wychodziliśmy na podwórko, gdzie królowały rozdrażnione owady gotowe rzucić się na każdego, aby wyładować na nim swą złość. Kilka z nich zdążyło użądlić Benka, ponieważ jego głowa napuchła jak dynia i za każdym razem, gdy na niego patrzyliśmy, wybuchaliśmy gromkim śmiechem. Ben chyba się na nas obraził, bo zaszył się w garderobie za koszem na brudną bieliznę i długo nie wychodził.

Przed nami rozciągała się otwarta przestrzeń ciągnących się po horyzont pól pokrytych srebrnymi kłosami pszenicy, falującymi jak wzburzona powierzchnia morza. W rozedrganym powietrzu unosiły się chmary owadów, a zwinne jaszczurki, podobne do miniaturowych dinozaurów umykały spod nóg.

Biegliśmy ścieżką wydeptaną przez sarny w kierunku kępki zrośli z samotną sosną, która wyglądała jak palma na maleńkiej, bezludnej wysepce wyrastającej pośrodku tropikalnego morza. Zwinnie jak małpa wdrapałem się na czubek drzewa i przytulony do lepiącego się od żywicy pnia, zastygłem w pełnym napięcia oczekiwaniu. Benek przez chwilę obszczekiwał mnie z dołu, a potem położył się w cieniu, ucinając sobie drzemkę.

Słońce zdawało się wisieć tuż na moją głową, a upał lał się z nieba jak wrzątek. Chciało mi się pić i kiedy zaczynałem już tracić nadzieję, naraz dostrzegłem dwupłatowiec, jak leciał tuż nad linią drzew, robiąc się coraz większy i większy.

Czym prędzej zszedłem z sosny i zacząłem biec co sił przez zboże na spotkanie z nim. Benek obudził się i pognał za mną, z radością biorąc udział w tej nowej dla niego zabawie.

Kiedy samolot minął linię lasu, obniżył gwałtownie wysokość i leciał w naszym kierunku, niemal muskając podwoziem falujące kłosy. Spod jego kadłuba trysnęła krwista smuga sztucznego nawozu, jakby został trafiony pociskiem, ciągnąc za sobą gęsty pióropusz dymu.

Dokładnie w chwili, gdy wielorybi kadłub znalazł się nad moją głową, rozrzuciłem ramiona, niemal ogłuszony rykiem silnika, a opadający nawóz przydusił mnie do ziemi. Kaszlałem, próbując złapać oddech, a moje oczy paliły żywym ogniem, jakby ktoś nasypał tam soli. Benek kichał i fukał zabawnie, niezdarnie pocierając łapą oczy.

Ale po chwili zrywałem się na nogi i pędziłem za oddalającym samolotem, który kładąc się na skrzydła, zawracał i obniżał lot, przygotowując do następnego przelotu. Znów rozkładałem ramiona i upajałem się widokiem zbliżającego się szybko potężnego dwupłatowca.

Nie wiem, czy pilot widział mnie, ale byłby chyba przerażony, gdyby dowiedział się, że jakiś zwariowany dzieciak z psem daje się obsypywać nawozem, niemal dusząc na śmierć tylko po to, aby znaleźć się jak najbliżej lecącego samolotu.

Jednak dla mnie pilot był kimś w rodzaju Supermena i niczego w życiu nie pragnąłem bardziej, jak być na jego miejscu. Usiąść tam, w kabinie samolotu.
__________________________________________________________________________________________________________________________

Wiele lat później, już w innych czasach i w innym miejscu, siedziałem w kabinie szybowca, wykonując swój pierwszy samodzielny lot. Byłem tak samo podekscytowany, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem żółty dwupłatowiec nad polami. Leciałem właśnie do czwartego zakrętu. Byłem już bardzo nisko. Jakieś sto metrów. Pochyliłem szybowiec na skrzydło i dokładnie widziałem niewielkie boisko, na którym chłopiec kopał piłkę do bramki. Wokół niego biegał pies, kreśląc zabawnie ósemki.

Smukły cień szybowca przemknął po wypalonej słońcem trawie.

Chłopiec podniósł głowę do góry i spojrzał na mnie.

Po chwili wyrzucił ramiona w powietrze i zapominając o piłce, zaczął biec razem ze mną.

Uśmiechnąłem się do siebie. Znam to uczucie, stary!

Tak. Wszystko zaczyna się od marzeń.

__________________________________________________________________________________________________________________________

Autorem wpisu jest Damian (właściciel bloga Czarna Skrzynka), a jego malownicza i niezwykła historia należy do blogowego cyklu BYŁO SOBIE MARZENIE. Jeśli masz ochotę podzielić się swoją opowieścią o spełnianiu marzeń na moim blogu Marheri Crafts - koniecznie daj znać! 😊

Brak komentarzy: