wtorek, 13 września 2016

Stoczniowe opowieści



A dziś na blogu będzie bardzo nietypowo, ale jak w każdym opowiadaniu, muszę zacząć od początku. Otóż jestem absolwentką Politechniki Gdańskiej, a na trzecim roku studiów stanęłam przed wyborem związanym z praktykami studenckimi. Nie wdając się w szczegóły, udało mi się uzyskać kontakt do Gdańskiej Stoczni. Pamiętam, że po skończonej rozmowie kwalifikacyjnej z pozytywnym wynikiem przyjęcia na praktyki, skakałam z radości, bo wizja poznania Gdańskiej Stoczni od podszewki wydawała mi się wielką i intrygującą przygodą. Bo przecież każdy z nas, zna to miejsce z lekcji historii. Stocznia Gdańska była tłem dla działań Solidarności, Okrągłego Stołu, a w końcu upadku komunizmu w Polsce. 

Najbardziej zapadła mi w pamięci pewna zabawna historia. Jako praktykantce przysługiwało mi prawo do spożywania drugiego śniadania w sali zarządu firmy. Ale byłam tam tylko raz, bo taki samotny posiłek, w wielkiej, konferencyjnej sali wcale nie był przyjemny. Już drugiego dnia praktyk, wybrałam się do robotniczej stołówki. Cóż, brak mi słów na to, jak to miejsce wyglądało... Uwierzcie, nie było remontowane od dobrych 40 lat! Na środku pomieszczenia stał duży stół, który pamiętał lata początków komunizmu w Polsce. Kiedy weszłam do stołówki z pudełkiem śniadaniowym, zapadła cisza. Ale uprzejmi stoczniowcy zrobili mi miejsce na ławie i tak oto, zaczęłam jeść z nimi śniadanie. Po chwili wrócili do swoich rozmów. Opowieści te były bardzo zabawne, okraszone bogatym słownictwem, którego nie mogę tutaj zacytować. I choć ja sama nie mówiłam wiele, często śmiałam się z anegdot moich śniadaniowych towarzyszy. Trwało to dobre kilkanaście minut, a przerwa powoli dobiegała końca. Zauważyłam wtedy, że na końcu stołu siedzi Brygadzista z pochmurną miną. Zdecydowanie coś go trapiło, kiedy przysłuchiwał się rozmowom przy stole. Po chwili walnął pięścią w stół, zapadła cisza i powiedział: 
- "Przy Panience mi tu ku*** nie przeklinać!"
I w takiej oto atmosferze skończyło się nasze wspólne, stoczniowe śniadania. Później przy zespołowej pracy często słyszałam znamienne słowa Brygadzisty i uwierzcie, stoczniowcy bardzo się starali do nich stosować! ;)

Podczas praktyk było wiele sytuacji, kiedy moja kobieca obecność była głównym tematem poruszanym przez stoczniowy dzień w pracy. Bo i owszem, na stoczni pracują kobiety, ale zwykle w biurach lub oczywiście jako Inspektorzy, ale już widok kobiety/malarza jest zdecydowanie rzadki. A na praktykach robiłam wszystko to, co moi kompani. Razem z nimi szlifowałam, szorowałam, malowałam metalowe konstrukcje statków. A, że chcieli mi pokazać wszystko od podszewki, musiałam się przeciskać przez wąskie kanały, wchodzić do ciasnych zbiorników, wspinać po kilkunastometrowej drabinie, biegać po wysokich rusztowaniach. Byłam na statku, który był dla mnie żywcem wyjęty z filmu "Wodny świat"! Odwiedziłam kontenerowiec. Podziwiałam luksusowy jacht. Ale nie tylko statki robiły wrażenie, bo sama stocznia z wielkimi, spawalniczymi halami, malarniami i żurawiami, które nad moją głową przenosiły blachy metalu jest bardzo intrygującym i wyjątkowym miejscem. Każdy dzień praktyk był pełen wyzwań i ciekawych wrażeń.

Na terenie stoczni obowiązuje całkowity zakaz palenia, a za złamanie tego przepisu grożą m.in. kary finansowe. Jakkolwiek, moi kompani pracy nie bali się konsekwencji i przez lata stoczniowej pracy zyskali takie umiejętności, które do dziś jawią mi się jako wysokiej klasy sztuczki magiczne. Stoczniowcy potrafili, na widok BHP-owca, palącego się papierosa schować między palce i nadal operować szlifierką! A już moim mistrzem był starszy jegomość, który papierosa chował między swoje zęby i zamykał usta! Serio, widziałam to na własne oczy... A po chwili, gdy zagrożenie w postaci inspektora BHP niknęło za horyzontem, wyjmował tlącego się papierosa i kontynuował palenie... Zresztą, stoczniowcy mieli bardzo bogatą wyobraźnię. Słyszałam o jegomościu, który na popołudniowej zmianie nie miał wielkiej ochoty na pracę. Schował się w metalowej szafce, ale na tyle skutecznie, że spędził w niej również całą noc i został znaleziony dopiero nad ranem...

Jednym z najfajniejszych momentów podczas praktyk było zwiedzanie platformy wiertniczej. Cała konstrukcja miała wysokość kilkunastopiętrowego wieżowca, a w stoczni wykonywano właśnie renowację podpór. Więc kiedy stanęłam na samej górze, w miejscu przeznaczonym na lądowisko dla helikopterów, mogłam podziwiać całą panoramę Gdańska. Do końca życia nie zapomnę tego widoku!

Cóż, wielu moich studenckich kompanów pracuje dziś w tym miejscu. I oni pewnie mają o wiele ciekawsze historie do opowiedzenia... Gdybym została po studiach w Trójmieście, być może i ja bym tam teraz pracowała... Ale nie żałuję, że moje życie, i to prywatne, i to zawodowe, ułożyło się całkiem inaczej. A studenckie praktyki wspominam dziś z wielkim sentymentem i rozrzewnieniem. A Wy, macie jakieś ciekawe historie do opowiadania ze studenckich praktyk? ;)

Brak komentarzy: