Czy naprawdę muszę chcieć rzeczy?

4/14/2016


Od zawsze czułam, że jest ze mną coś nie tak: mianowicie nienawidzę robić zakupów w galerii handlowej... Mogłabym powiedzieć, że to pierwsze oznaki starzenia się, ale z zakupami nie lubiłam się już jako nastolatka. A może to oznaka mojego wrodzonego minimalizmu? Cóż ze mnie za kobieta (wiem na szczęście, że nie jestem jedyna)? A może klimat rozświetlonego centrum handlowego, pełnego ludzi chodzących od sklepu do sklepu z naręczami toreb i z obłędem w oczach, przy akompaniamencie dyskretnej muzyki nie jest dla mnie?


Kilka dni temu jadąc przez miasto zwróciłam uwagę na wielkie billboardy, na których była przepiękna sukienka. Jak się domyślacie, reklama dotyczyła znanej, sieciowej firmy odzieżowej. I cóż mnie tak zaintrygowało? Otóż napis: "kup mnie". Zapytacie, co takiego powaliło mnie na kolana? Bezczelność, prostota i przekaz tego hasła zbiły mnie z pantałyku. Cóż, sukienka muszę przyznać była śliczna. A sztab marketingowców, który wymyślił hasło po wielu tygodniach ciężkiej pracy na pewno otrzymał godne wynagrodzenie finansowe, bo hasło jest bardzo sprytne i chwytliwe, trzeba im to przyznać. Ale w mojej głowie bardzo szybko przyszła refleksja: "Czy naprawdę muszę kupić tą sukienkę?". To nie był jedyny raz. Bo przecież każdego dnia jesteśmy atakowani ze wszystkich stron podobnymi hasłami, promocjami, reklamami. I człowiek początkowo nie ulega, walczy, ale w końcu dochodzi do wniosku, że olej marula, który jest nowym odkryciem w dziedzinie pielęgnacji włosów (tak moi drodzy, olejek arganowy odszedł do lamusa) odmieni moje życie! Wszędzie słyszysz, że coś jest hitem sezonu, a ta nowa kamizelka to już konieczne "must have" w Twojej szafie...

Wiecie, wcale nie jestem zagorzałą minimalistką. Nie mam tendencji do chodzenia w pięciu zestawach ubrań. Muszę przyznać, że moja szafa zawsze obrasta, nie wiadomo kiedy w kolejną garść sukienek (nie tych galeriowych, to odbija się czkawką moja miłość do lumpeksów). I cóż, uwielbiam piękne rzeczy. Im bardziej kolorowe, bogate, tym lepiej! Jak każda kobieta, lubię piękne ubrania... Jaka tu puenta? Nie mam zamiaru nawoływać do rezygnacji z zakupów, do filozofii minimalizmu. Nie chcę też szerzyć propagandy, że galerie handlowe są złem w czystej postaci. Po prostu nie dajmy się zwariować tym wszechobecnym reklamom. Czy naprawdę ten nowy balsam sprawi, że będę już zawsze piękna? A czy te piękne kolczyki, jeśli będą już moje, sprawią, że będę już zawsze szczęśliwa? Bo przecież fajnie jest się otaczać ślicznymi rzeczami: mieć piękny dom, wypasiony we wszystkie gadżety samochód i pokaźną garderobę...

Wiecie, że to nawet zostało wyjaśnione naukowo? Na początku, kiedy kupujemy nową rzecz np. sukienkę z billboardu, to budzi to w nas ogromne emocje. Czujemy się podekscytowani i zadowoleni. Kiedy sukienka staje się elementem naszej codzienności, przyzwyczajamy się do jej posiadania i uznajemy to za normę. Im dłużej mamy tą sukienkę, tym słabsze jest odczucie szczęścia. A zupełnie inaczej wygląda sytuacja, jeśli mówimy o przeżyciach (np. wyjście do kina czy weekendowy wypad za miasto), które zdarzają się raz i budzą silne emocje. I z czasem zapominamy rożne szczegóły tych przeżyć, ale pozostają wrażenia, które wówczas odebraliśmy. Przeżycia, w przeciwieństwie do przedmiotów, stają się częścią nas, stają się naszymi doświadczeniami.

Żyjemy w czasach wszechogarniającego konsumpcjonizmu, i wszystko wokół nas wciąż nam o tym przypomina, ale czy naprawdę musimy chcieć rzeczy? 

  • Podziel się:

To może Cię zainteresować

0 komentarze